

Bunię poznałem pewnego majowego poranka.
Odkąd pamiętam zawsze w naszym domu były psy, a kotów szczególną sympatią nie darzyłem. Z biegiem lat jednak nastawienie zaczęło mi się zmieniać. Będąca z nami od osiemnastu lat suczka Myszka chorowała coraz bardziej, przyszłość rysowała się w coraz czarniejszych barwach, a jednego byłem pewien - dom bez zwierząt będzie rozpaczliwie pusty.
Tego dnia idąc do pracy zauważyłem siedzącego sobie spokojnie na trawniczku przed wejściem przecudnej urody czarnego kotka.
- Właściwie - pomyślałem - dlaczego by nie podkarmić...
Jedynym czym wtedy dysponowałem była wyciągnięta z kanapek sucha kiełbasa, niemniej jednak przyjęta została łaskawie, a potem nawet "dziki" kotek dał się pogłaskać, poocierał się o nogi..
Było to nadspodziewanie przyjemne.Następnego dnia,tak na wszelki wypadek
przyniosłem bardziej już odpowiednie dla kota danie.
- Może przyjdzie...- myślałem.
Przyszła. Czekała na mnie pod krzaczkiem,jedzonko zainteresowanie wzbudziło,
ale... nie chciała jeść. Zielono - bursztynowe oczy spoglądały tylko na
przemian to na mnie, to na miseczkę.
- Dlaczego nie jesz ? - spytałem głaszcząc kształtną główkę. Jak się okazało,
chodziło właśnie o to. Bardzo szybko doszliśmy do porozumienia.
Ona czekała na mnie co rano, a warunkiem jedzenia było nieustanne głaskanie
i dopieszczanie. Nie przeszkodziła nam nawet rzęsista wiosenna ulewa,
usiadłem sobie po prostu na schodkach z kotem na kolanach, miseczką w ręku
i kurczowo ściskanym pod pachą parasolem - przecież drugą ręką musiałem
drapać za uszkiem...




