

Kot w depresji jest kotem chorym - wymaga leczenia.
Najważniejsze jest zmienienie podejścia jego ludzi do niego. Muszą zrozumieć że brakiem zainteresowania i zmuszaniem do życia w nudzie - bardzo krzywdzą swojego kota.
Jeśli nie mogą być częściej w domu - a nawet jeśli mogą - niech pomyślą o kocim kompanie dla kota - ale dopiero po poprawie jego stanu psychicznego - bo gdy kot jest w złej formie psychicznej może poczuć się jeszcze bardziej odrzucony lub zareagować agresją.
Poza tym - nawet gdy są zmęczeni - niech znajdą chwilkę na zabawę z kotem, choćby rzucanie kuleczki. Przy każdym przejściu obok kota trzeba do niego zagadać, pogłaskać. Kot musi czuć się zauważany i kochany. Drobne przysmaki, nowe zabawki - to również pomaga.
Czasem stan psychiczny kota jest tak zły że trzeba mu pomóc lekami antydepresyjnymi. Gdy sytuacja jest poważna - nie należy się przed nimi wzdragać - bo depresja jest naprawdę chorobą. A leki mogą bardzo pomóc w terapii.
Gdy kot poczuje się już lepiej a lubi spacery i jest możliwość by je uskuteczniać - warto z nim wychodzić na dwór - niech poznaje nowe zapachy, dźwięki, ma okazję się poruszać.
Nie należy jednak tego robić gdy kot jeszcze źle się czuje - może się pod naporem ogromnej ilości nowych bodźców zamknąć w sobie.
Wyciąganie kota z depresji musi się odbywać małymi kroczkami - nie może to być nagłe zarzucenie go zainteresowaniem, bodźcami, zajęciami. Bo to może być więcej niż jego psychika jest w stanie przyjąć.
Nerwice lękowe - zdarza się że dotychczas zupełnie normalny kot, odważny, otwarty i pełen optymizmu nagle - często bez żadnego uchwytnego powodu - nagle zaczyna się panicznie czegoś bać.
Przeważnie jakiegoś przedmiotu - czegoś co dotychczas nie wzbudzało jego większego zainteresowania.
Najczęściej nie udaje się znaleźć źródła lęku.
Bywa tak że kot boi się czegoś od początku - np. nasza Luna reaguje bardzo atawistycznie na leżący na ziemi kabel z wtyczka. Dla niej jest on niebezpieczny wężem którego należy podejść ostrożnie od tyłu i odgryźć mu głowę - czyli wtyczkę.
Cała ta "zabawa" jest traktowana przez kotkę zupełnie na serio.
Przypuszczam ze ta domowa kotka ma głęboko w podświadomości zakodowany obraz węża - wroga który może zagrozić np. jej młodym i którego należy się pozbyć.
Jednakże czasem dzieje się coś dziwnego. Dotychczas zachowujący się zupełnie normalnie kot, bez lęków - nagle jest znajdowany cały przerażony pod szafą lub za skarby świata nie chce wejść do pokoju w którym chętnie sypiał. Widać jednocześnie że jest silnie zdenerwowany - czegoś się boi.
Poniżej opisze historię Małego, naszego kocurka. Może na coś ona się przyda - coś komuś podpowie, pozwoli łatwiej przejść przez taką sytuacje.
Rano Mały czuł się świetnie.
Był wesoły, bawił się z drugą kotką, przywitał się z nami, zjadł z apetytem śniadanie.
Gdy wróciliśmy do domu po południu - znaleźliśmy kocurka przerażonego, wyglądającego z przestrachem w oczach spod stołu w kuchni.
Po kilku godzinach namów udało nam się skłonić Małego do wyjścia z kuchni. Stojąc w przedpokoju z przerażeniem wlepiał oczy w naszą sypialnię - wyraźnie było widać że to coś w niej przyprawia go o taki lęk którego nie jest w stanie pokonać.
Po kolejnych wielu godzinach wpadliśmy na pomysł wniesienia Małego do naszego pokoju - żeby się przekonał że nie ma w nim nic strasznego. Przez cały ten czas kocurek był wyraźnie przestraszony, lękliwy, nie chciał wychodzić z kuchni.
Podczas tej "wizji lokalnej" okazało się że przyczyną przerażenia naszego kocurka jest... czarna skarpeta leżąca obok łóżka. Na jej widok Mały wpadł w histerie i wyrwawszy się z naszych rąk uciekł w dzikich podskokach do kuchni.
Na początku wydawało się to niemal śmieszne - taki odważny kocur przestraszył się skarpety.
Z czasem śmieszne to być przestało, tym bardziej że Mały robił coś co nas bardzo rozczuliło - widząc że zbliżamy się do "zagrożonego" pokoju, stojąc w przedpokoju, cały roztrzęsiony i biegając w kółko, głośno zawodził prosząc nas żebyśmy tam nie wchodzili, starając się ze wszystkich sił nam przekazać jak bardzo jest to niebezpieczne.
Noc była również ciężka - Mały bał się zasnąć, skarpeta mogła go w każdej chwili zaatakować - więc albo chodził po kuchni i przedpokoju sprawdzając czy gdzieś się nie czai - lub siedział na warcie, łepek mu się kiwał ze zmęczenia - ale walczył cały czas ze snem.
Następnego dnia niewiele się zmieniło. Każde ciemne miejsce, przestrzeń pod stołem, pod łóżkami, pod szafkami - były potencjalnymi kryjówkami potwornej skarpety. Kuchnia na szczęście była miejscem bezpiecznym - ma jasną podłogę i mało miejsc w których coś może się ukryć. Dodatkowo Mały chyba wyszedł z założenia że skarpety nie skaczą - więc spokojnie spał na kuchennym parapecie i krześle.
Z upływem czasu niewiele się zmieniało.
Owszem - Mały zaczął już wychodzić poza kuchnię i przedpokój, jednak prawie pełznąc ze strachu, zaglądając z niepokojem we wszystkie kąty.
W międzyczasie zrobiliśmy mu oczywiście dokładne badania - żeby wykluczyć np. zapalenie mózgu lub inne, fizyczne przyczyny tego jego zachowania.
Wyniki wyszły bardzo ładne, nie było żadnych innych objawów neurologicznych mogących wskazywać np. na uraz głowy.
Chyba nigdy się już nie dowiemy co tak naprawdę się stało. Co było katalizatorem sytuacji w której dotychczas zupełnie normalny i ufny, dorosły kocur nagle tak panicznie zaczął się bać czarnej skarpety.
Niestety, upływający czas wiele nie zmieniał - Mały poza kuchnią (w której czuł się praktycznie zupełnie spokojnie i bez problemu jadł, spał, bawił się) był pełen lęku, czasem przerażenia, a widok przypadkowo trzymanej przeze mnie skarpety w ręce wprawił go w skrajną panikę na kolejnych kilka godzin i wszystko zaczęło się od nowa.
Niestety - okazało się że Mały nie poradzi sobie bez leków. Byłam pełna obaw - ale jednocześnie sama widziałam co się dzieje i dłużej nie mogło to trwać. Ryzykowaliśmy - poza ciągłym stresem - zdrowiem kocurka, który np. bał się korzystać z kuwety bo wiedział że podczas czynności fizjologicznych jest przez chwilę bezbronny.
Rozpoczęliśmy terapię Doxepinem, lekiem przeciwlękowym, przeciwdepresyjnym. Praktycznie już po półgodzinie od podania leku widać było poprawę!
Po kilku tygodniach kuracji obecnie Mały zachowuje się praktycznie normalnie, jedynie przestrzeń pod naszym łóżkiem (tam gdzie po raz pierwszy zobaczył skarpetę) budzi jego pewien niepokój - ale nie jest on wielki. Mały bez większego problemu chodzi obok łóżka, śpi na nim i prowadzi już normalne życie.
Lada dzień zaczniemy odstawiać lek - trzeba to robić stopniowo bo odstawiony zbyt szybko może spowodować nagłe zaostrzenie się objawów lub nawet groźne dla życia problemy.
Gdybyśmy nie zdecydowali się na farmakologiczna pomoc dla kocurka - jestem pewna że nadal mieszkałby w kuchni, bojąc się wejść do naszego pokoju.
Oczywiście - sam lek nie rozwiąże sprawy, ważne jest też bycie obok kota, czasem demonstracyjne, z pewnej odległości "ukatrupienie" wroga - ja np. rozdeptywałam pokazowo znalezioną skarpetę :) - co wyraźnie Małego satysfakcjonowało.
Wszystko to - ta swoista psychoterapia, leki - w końcu dały rezultat.
Trzeba jednak pamiętać o jednym - przede wszystkim należy wykluczyć jak najszybciej fizyczne podłoże problemów - zrobić kotu badania krwi, sprawdzić czy nie ma jakichś zaburzeń neurologicznych lub śladów porażenia prądem.